Pajęczyca - mój prywatny blog o życiu

Się biorę... za siebie

Co prawda szkołę mam już dawno za sobą, jednakże z początkiem września przybyło mi obowiązków powiedzmy szkolnych. Moje podejście ponownie musiało ulec ewolucji. Aktualnie nie pozwalam Synowi przekonać się, czy odrobił dobrze zadanie, czy napisał poprawnie, czy zapamiętuje z lekcji na tyle dużo, że wystarczy tej wiedzy do napisania dobrze dyktanda. O nie. Teraz wymagam tyle na ile go stać. Nie chwalę gdy widzę, że zrobił coś na odwal i owszem jakoś to wygląda, ale to wciąż niezgodnie z jego umiejętnościami. Dla mnie czwórka z matematyki, gdy jest naprawdę dobry z tego przedmiotu, to mało. Mówię mu, że stać go na więcej. Chwalę, gdy zrobi coś na swoim poziomie. Można mnie zrugać za takie postępowanie. Jednakże panujący schemat wychowania zakładający pochlebstwa za "nic", nie przemawia do mnie kompletnie. Ba moja latorośl, a zwłaszcza jej mina, świadczy iż komplement, który jest następstwem ciężkiej pracy,  stanowi gratyfikację najwyższych lotów. Darzę uznaniem  pracę, jaką dziecko włożyło w czynność. Oczekuje też rezulatów. Nie popadam także w przesadę, wszystko z umiarem i zgodnie z predyspozycjami. A efekty? Przyszłość mojego dziecka mogłaby wyglądać następująco: kanapa i chipsy, cóż zatem może zmienić moje nastawienie i jako takie wymagania? Wiele i niewiele. Okaże się. Wolę walczyć z postawą Syna "na nie", niźli wciąż dawać mu się przekonać. Niech się przekona, czy skończy szkołę? Stanowcze NIE.

Ostatnio posmakował zwycięstwa. Zajął trzecie miejsce w swojej grupie wiekowej w biegu na 2 km. Byłam dumna jak paw, ale co najważniejsze on był dumny, cholernie zmęczony i tak niemożebnie zadowolony z siebie. To było jego zwycięstwo. Chyba zrozumiał, że w życiu wielkie rzeczy nie przychodzą łatwo.

Cały wpis o Synu, ale zasłużył sobie na to. Patrzę jak rośnie mi facet, który na przeprosiny kupuje lakier do paznokci w czerwonym kolorze, przy okazji popełnia zakup ulubionej mojej gazety, sam z siebie sprząta ze stołu. W sumie niewiele, jak dla mnie wiele, bo to dostrzegam, doceniam.

Syn dojrzewa, a mi przybywa lat w metryce. Ten bloog też już nie grzeszy młodością, za priorytet przyjmuję zatem odświeżenie jego wyglądu, taki mały lifting. Zresztą zmiana fryzury natchnęła mnie pozytywnie do kolejnych metamorfoz.  

Biorę się zatem za siebie i blog. Nie ja jedna mam obowiązków full, nie mi jednej brakuje czasu, nie mi jednej depczą po piętach sprawy, sprawunki, sprawuneczki. Pora wszystko okiełznać.  Toteż  do roboty... hej ho, hej ho...